2023,  Szosa

Cztery setki w jeden dzień

400km – 15 godzin 22 minut

Pora na najdłuższy dystans jak do tej pory. Nazwa After40 zobowiązuje 😉 To już trzeci raz kiedy to podchodziliśmy do dystansu 400 kilometrów… Jak to się mówi – do trzech razy sztuka! Tym razem nie było ani za zimno (lipiec 2020 rok: Łódź – Gdańsk: 353km), ani za gorąco (czerwiec 2019 rok: Łódź – Strzelno – Łódź: 375km). Temperatura oscylowała wokół przyjemnych 25 stopni. Wrzesień okazał się idealnym miesiącem na bicie życiówki!!! Cel był jeden – chcieliśmy pokonać upragnione 400 kilometrów w nieprzekraczalnym czasie 24 godzin. Wcześniejsze próby pokazały nam, że trzeba bardzo mocno pilnować czasu…

Ponieważ ja miałem dojechać do Jacka – musiałem wyruszyć o 3:20. Ten fakt zaważył na późniejszym zakończeniu jazdy. Szybka kawa w Zgierzu i udało nam się wyruszyć na trasę o 4:00. Tradycyjnie o tej porze roku poranki bywają chłodne. Skutecznie przypomniały nam o tym mgły – unoszące się nad polami w okolicach Strykowa. Pierwsze 100 kilometrów pokonaliśmy w cztery godziny. Niska temperatura dodatkowo zmobilizowała nas i pierwszy postój mieliśmy po godzinie ósmej. Wiedzieliśmy, że pierwsza połowa dystansu będzie łatwiejsza i musimy mieć zapas czasu w razie niespodziewanych awarii. 

Droga na Stryków
Droga na Stryków

Gdy wyszło słońce – jazda zaczynała być naprawdę przyjemna! Przepiękna sceneria za Łąckiem dodawała nam skrzydeł. Piękne jeziora ciągnęły się w nieskończoność. Dzikie ptactwo przypominało nam, że zbliża się pora odlotów i niebawem lato ustąpi miejsce złocistej jesieni. Zanim jednak miało to nastąpić mieliśmy nadzieje na pokonanie tych upragnionych czterech setek! Wiatr zdawał się mieć podobne plany co my i chętnie z nami współpracował. Musieliśmy się pilnować, żeby nie przesadzać z prędkością powyżej 35km/h co mogłoby mieć poważne konsekwencje w drugiej połowie trasy… Zamontowanie drugiej kierownicy z lemondką (leżakiem) było strzałem w dziesiątkę!!! Wygodna pozycja plus lekki, carbonowy rower dodawał mi animuszu. Kompan wyprawy nie miał takiej możliwość i musiał zadowolić się barankiem. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie moje buty, które coraz częściej dawały się we znaki…

Pierwsze 100km
Pierwsze 100km

Plan wydawał się realizować idealnie. W samo południe, po ośmiu godzinach jazdy, wybił dwusetny kilometr, czili zakładana połowa dystansu. Byliśmy już naprawdę coraz bliżej celu i tylko katastrofa mogła zniweczyć nasze starania. Pogoda była cały czas idealna. Nie było za zimno, zbyt wietrznie, za gorąco. Nic nam nie przeszkadzało oprócz wspomnianych butów. Jacek ostrzegał mnie, żeby nie brać sportowych SiDi na tak długi dystans… Ja oczywiście miałem swoje przemyślenia… Ból stóp stawał się coraz silniejszy. Z każdym postojem, zdejmowałem je i chodziłem na bosaka co dawało chwilową ulgę. SiDi nadają się idealnie na szybkie trasy do max 150km. Powyżej tego dystansu, każdy uwierający szczegół, rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów! Nie było jednak wyjścia i musiałem wytrwać. Wiem już, że na kolejne bicie życiówki i pokonanie 500km zabiorę coś wygodniejszego.

Przejazd przez Wisłę we Włocławku
Przejazd przez Wisłę we Włocławku

Na godzinę czternastą planowaliśmy najdłuższy postój – w końcu to pora obiadowa. Trasa ułożona była w taki sposób, że miało to nastąpić w Toruniu. Stamtąd mieliśmy już prostą drogę do domu. Wystarczyło pokonać ostatnie 150 kilometrów drogą nr 91 kierując się na południe w stronę Łodzi. Wiedzieliśmy, że jest tam szerokie pobocze, co przetestowaliśmy w 2019 roku podczas trasy Łódź – Strzelno – Łódź i rekordowych 375 kilometrów. Jazda nocą, mając w oponach osiem atmosfer, nie wybacza błędów. To było jedyne rozwiązanie żeby uniknąć ewentualnych dziur. Wiatr przypomniał nam o sobie właśnie wówczas kiedy moje nogi zaczęły odmawiać współpracy. Na domiar złego obiad był za bardzo obfity… Drogę z Torunia do Włocławka musiałem jakoś przetrwać.

Przejeżdżając przez Łęczycę – nasze rodzinne miasto – wszystkie znaki na Ziemi i Niebie wskazywały, że czterechsetny kilometr osiągnę w Łodzi na wysokości Żubardzia – gdzie kiedyś mieszkaliśmy. Niestety, Jacek nie miał tyle szczęścia. Jak wspomniałem na początku, rozpoczął on podróż z prawie dwudziesto-kilometrowym opóźnieniem! Miało to konsekwencje obecnie. Mieliśmy dwie opcje:

1. Zmodyfikować końcówkę trasy – aby mógł dobić do czterystu kilometrów i zakończyć wyprawę u siebie.

2. Dojechać do mnie i pokręcić się w kółko – dobijając tym samym do upragnionego dystansu.

Za nami 300km - zostało ostatnie 100km
Za nami 300km – zostało ostatnie 100km

Jako, że w aglomerację łódzką wjeżdżaliśmy po zmroku, w grę wchodziła tylko i wyłącznie druga opcja. Nie mogliśmy sobie pozwolić na jazdę „bokami” i pojawienie się awarii dosłownie na ostatnich metrach. Co sił popędziliśmy na Retkinię i tam (chyba już tradycyjnie) dokręciślimy do 400km!!! Tzn. Jacek dokręcił – mi cztery setki wpadły chwilę wcześniej – o godznie 22:56. 19 i pół godziny od rozpoczęcia, po 15 godzinach i 22 minutach jazdy naszym oczom ukazała się (tak jak w metryce) magiczna czwórka z przodu!!! Cztery godziny zeszły nam na postoje i odpoczynki co wg mnie jest rewelacyjnym wynikiem!!! Na kolejne osiem lat dajemy sobie spokój z biciem Guinnessa i tak długimi dystansami… Przynajmniej do After50!!!

CDN…

Galeria zdjęć:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *